RSS
czwartek, 21 czerwca 2012
Wizyta centrali

Na ten dzień czekałem z niecierpliwością. Na gościnne występy do Grodu Kraka przyjechali bowiem z samej stolicy znani i szanowani przedstawiciele centrali. Byli to: pani Renata W. - stojąca na straży praw pracowniczych i ekspert prawa pracy  (jak się przedstawiła Sądowi), oraz niejaki Ziemowit P. - Dyrektor Kadr Na Całą Polskę.

Spodziewałem się, że przyjdą należycie przygotowani i tak się też stało. Nauczyli się dat, faktów, a nawet przypomnieli sobie przebieg rozmów, jakie ze mną prowadzili. Powyciągali nawet całą korespondencję e-mailową, jaka prowadzona była ze mną w sprawie podejrzeń dyskryminacji i mobbingu w laboratorium. Przyznam, że nawet mi to początkowo zaimponowało, bo wymagało niewątpliwie sporego wysiłku i czasu. Wreszcie poczułem się doceniony, w końcu podjęli ten wysiłek dla jednego z wielu tysięcy anonimowych i nic nieznaczących pracowników firmy. No i wykazali nieco większą bystrością od swoich poprzedników, bo przynajmniej uzgodnili wcześniej niektóre swoje zeznania. Wreszcie jacyś "godni" przeciwnicy pomyślałem.

Niestety, cały ten misterny plan udupienia mnie w majestacie prawa upadł po zaledwie kilku dociekliwych pytaniach sędziego. Okazało się na przykład, że Pan Dyrektor nie wie, co dzieje się w jego firmie, a Renata W. nie potrafi wyjaśnić, dlaczego najpierw stawiała absurdalne żądania, a potem uchylała się od podjęcia procesu Open Door. I tak, jak w przypadku poprzedników pojawiły się nerwy, nieskładne wypowiedzi, utrata kontroli nad zachowaniem i mimiką, no i tak charakterystyczna u moich szanownych adwersarzy czerwień na ich obliczach.

Nie będę się rozpisywał na temat samych zeznań, bo tu oczywistym jest, że byłem złem wcielonym, a w dodatku domagałem się czegoś, co mi się w ich mniemaniu nie należało - czyli równego i godnego traktowania. Przytoczę w zamian kilka mądrości, jakie Sąd i obecni na rozprawie mieli okazję usłyszeć:

"Nasze kierownictwo nie mogło złamać prawa, bo mamy Kodeks Etyczny".

"U nas nie może być dyskryminacji, bo nasza firma aktywnie przeciwdziała dyskryminacji".

"Kierownictwo nie może represjonować pracownika za użycie procesu Open Door, bo zostałoby zwolnione".

Oczywiście moje zwolnienie połączone z bezprawnym przetrzymywaniem nie było w żadnym razie aktem represji. To był akt miłosierdzia, którego ja niewdzięczny nie potrafię docenić.

A teraz "odpowiedź dnia" należąca do Renaty W. na pytanie zadane przez sędziego:

Jak zbadaliście, że nie było mobbingu?
Porozmawialiśmy z osobą podejrzaną o mobbing i z jego przełożonym i okazało się, że nie było mobbingu.

Zamiast pastwić się nad tymi wywodami chciałem poświęcić trochę miejsca na proces skarg i apelacji "Open Door", z którego firma tak bardzo jest dumna. Oczywiście mam zamiar przestrzec wszystkich pracowników przed jego używaniem. Proces ten zapewne działa sprawnie, dopóki dotyczy spraw błahych, jak np. niesprawiedliwa ocena roczna. Ale niech no tylko Wasze zgłoszenie dotyczyć będzie czegoś poważnego, czegoś co zagraża temu całemu folwarkowi, to marny Wasz los! Jak dla mnie się to skończyło możecie przeczytać w pierwszym poście i niech to będzie dla Was wystarczającą przestrogą. Jeśli więc drogi pracowniku odkryjesz, że Twój szef zatrudnia swoich niekompetentnych znajomków za ogromne wynagrodzenie, albo molestuje podwładne, lub też daje łapówki za wygranie przetargu, to lepiej trzymaj język za zębami i nie próbuj w żadnym razie "Open Door", aby to zasygnalizować. Są różne państwowe instytucje powołane do wyjaśniania i rozstrzygania takich spraw, w dodatku niezależne od kierownictwa rzeczonej firmy.

Oczywiście w tak szacownej firmie tak ohydne rzeczy się nie zdarzają i nigdy nie zdarzą - tutaj przecież obowiązuje Kodeks Etyczny. No i oczywiście jest pani Renata, która stoi na straży praworządności i przestrzegania praw pracowniczych. Pani Renacie życzymy dalszych sukcesów w pracy zawodowej.

Panu Ziemowitowi i pani Renacie polecam również do poczytania Kodeks. Ale nie ten "Etyczny", tylko ten drugi - Pracy. Oczywiście nie cały, bez przesady, na początek wystarczą artykuły 111-3, art. 13, art. 15 - 17, art. 183a, 183c, 183e, art. 94 pkt 2b, 4, 6, 8, 9, 10, art. 94c §1, art. 97 §1 i art. 1511 §1. Wiem, jest tego niemało, ale kiedyś w końcu musicie zacząć tego przestrzegać. A gdybyście nie wiedzieli, gdzie znaleźć ów tajemniczy akt prawny, to tutaj jest link: http://www.prawo-pracy.pl/graf/Kodeks_pracy.pdf

Kolejne i prawdopodobnie ostatnie posiedzenie Sądu w tej sprawie w październiku.

01:14, fraxiparyna
Link Komentarze (35) »
niedziela, 18 marca 2012
Szpital psychiatryczny

Taki oto komentarz otrzymałem od osoby obecnej na sali rozpraw zaraz po zakończeniu III rozprawy i przesłuchaniu świadków strony przeciwnej. A zeznawali niejaki Robert L., czyli ostatni z moich przełożonych, a następnie sam wielki szef laboratorium Eric van der S., który zaszczycił swoją obecnością skromną salę sądową w towarzystwie tłumacza języka holenderskiego. Zanim rozprawa rozpoczęła się na dobre, jeszcze na korytarzu próbowali zrobić wrażenie pewnych siebie i wyluzowanych. Po przekroczeniu progu sali sądowej momentalnie pojawiły się nerwowe zachowania. Nie wiedzieć czemu, nerwowo zaczął się zachowywać nawet tłumacz.

Nad zeznaniami pierwszego z nich nie będę się specjalnie rozwodził. Był to jeden bełkot, a na pytania Sądu, czy adwokatów o konkrety padały stwierdzenia "nie wiem", "nie pamiętam", "być może". I tak np. podobno na jednym ze spotkań z innymi managerami (jego podwładnymi a moimi kolegami) padły podczas rozmowy niecenzuralne słowa z mojej strony. Managerowie ci byli tak tym oburzeni, że poprosili go o interwencję w tej sprawie. Niestety nie pamiętał czego dotyczyła ta rozmowa, ani jakie to były słowa. Nie pamiętał też jakie podjął działania i jak się one zakończyły. Gdzie indziej z kolei twierdził, że źle wypełniałem moje obowiązki związane z dostarczaniem projektów, ale Sąd nie usłyszał w jakim konkretnie projekcie, ani na czym to dokładnie polegało. Nie mogąc niczego wymyślić na poczekaniu musiał (zapewne z wielkim bólem) przyznać, że nie było jednak zastrzeżeń, co do terminowości oddawania moich projektów.

W końcu, żeby dać jakieś przykłady zaczął je zmyślać, ale przytaczał fakty, które Sąd może bardzo łatwo zweryfikować. Twierdził np. że dostawałem podwyżki w cyklu podwyżkowym. OK, tylko "trochę" dziwne jest, że ja nic o tym nie wiem! Czyż nie powinienem z każdą podwyżką dostać nowej umowy lub aneksu do podpisania? Albo, że zgłosiła się do niego konkretna osoba skarżąc się na moją pracę. Tylko że ja akurat znam tę osobę, która już nawet nie pracuje w firmie i bez problemu mogę ją powołać na świadka. Każdy świadek zeznaje zresztą pod przysięgą, dlatego zachodzę w głowę, co takiego dzieje się w umyśle takiego L., że ryzykuje 3 lata więzienia za składanie fałszywych zeznań, tylko i wyłącznie dla chęci dokopania byłemu pracownikowi. Doprawdy, ludzka natura nie przestaje mnie zadziwiać...

L. był tylko marną przygrywką do tego, co zaprezentował kolejny świadek. Tutaj już był prawdziwy koncert niekompetencji, braku konkretów, ignorancji i niewiedzy. Oczywiście zaprzeczył wielokrotnie temu, co mówił jego przedmówca, a potem zaprzeczał nawet samemu sobie. I tak np. należało mnie zwolnić, bo zgłaszałem dyskryminację płacową Oczywiście Sąd spytał czy jest to zabronione. W odpowiedzi usłyszał, że absolutnie nie, a firma jest bardzo zadowolona, kiedy pracownicy zgłaszają kierownictwu różne problemy. Albo, były zastrzeżenia do mojej wydajności, chociaż wszystkie projekty oddałem w terminie. To dlaczego źle pracowałem? Bo nie wykazywałem się aktywnością i dodatkowymi inicjatywami. Jakimi? Nie miałem żadnego wkładu w innowacje. Ale przecież jeden z moich zespołów dostarczył największą ilość innowacji w całym laboratorium! Co jeszcze powinienem zrobić??? Być bardziej aktywnym! Czy ktoś ma jeszcze problem ze zrozumieniem tych wywodów?

Potem na poparcie tezy, że byłem złym kierownikiem wymyślił sobie, że był wobec mnie program naprawczy, którego warunki powinienem spełnić z powodu mojej wydajności poniżej średniej w 2009 r. Oczywiście spytałem, dlaczego dowiaduję się o tym programie dopiero teraz, na sali sądowej. Stwierdził, że bardzo mu przykro ale nie wie. Spytałem jaka konkretnie jest ta średnia i ile projektów dostarczyłem w 2009 r. Stwierdził, że nie wie, ale miałem na pewno niewystarczający wkład w innowacje!!! Albo to - podobno skarżyli się na mnie klienci. Hmm, jakby nie patrzeć, to poważny zarzut, tylko że w tej robocie nigdy nie miałem do czynienia z żadnym klientem :-D

Wszystkim tym wypowiedziom towarzyszył festiwal nerwowych zachowań, drapanie się po głowie, stukanie palcami po blacie, zaplatanie palców to z przodu, to z tyłu, niekontrolowane tiki, itp. Tak jak w przypadku pierwszego świadka, wszystko jest łatwe do zweryfikowania i zapewne to nastąpi na mój wniosek. Zresztą podczas tych wszystkich "zeznań" wielokrotnie pojawiał się uśmiech na twarzy mojej i mojego adwokata, a zażenowanie u adwokata strony przeciwnej. Można mu chyba tylko współczuć takich klientów. 

Kolejna rozprawa w czerwcu, a zeznawać przeciwko mnie mają niejaki Ziemowit P. i Renata W. z centrali. Sąd będzie zapewne bardzo zainteresowany dlaczego złamali prawo i regulamin BCG zwalniając mnie z firmy.

01:03, fraxiparyna
Link Komentarze (20) »
środa, 16 listopada 2011
II rozprawa przed Sądem Pracy

Przeciwko mnie zeznawał niejaki Tomasz Z. mający wyjątkowo niechlubną opinię wśród pracowników laboratorium i wyjątkowo dobrą wśród swoich przełożonych. Tomasz Z. na swoją opinię pracował bardzo ciężko dając się we znaki wielu swoim podwładnym, nie tylko w obecnej, ale również w swojej byłej firmie. Trochę szerzej o tym jegomościu i jego roli w mojej sprawie można przeczytać w pierwszym wpisie do tego blogu. Świadek T. Z. należy do osób sprytnych i na swój sposób inteligentnych, spodziewałem się więc, że przyjdzie dobrze przygotowany do swej roli i będzie mi chciał za wszelką cenę dokopać. Przez pierwsze 2 minuty szło mu nawet całkiem składnie, ale już po pierwszych pytaniach sędziego wdał się w tak bezsensowną paplaninę, że nawet ja miałem problem z jej zrozumieniem.

Ogólnie jego taktyka miała polegać na oskarżaniu mnie o niewywiązywanie się z moich obowiązków. Przyciśnięty przez Sąd zeznał, że polegało to na braku aktywności i inicjatywy w trakcie prac programowych (cokolwiek to oznacza). Potem dodał również, że nie wywiązywałem się z obowiązków w stosunku do moich pracowników, wykazałem się brakiem odpowiedzialności za plany, oraz delegowałem zadania na niektórych z moich podwładnych. Kiedy jednak mój adwokat i ja przycisnęliśmy go bardziej w trakcie zadawania pytań, okazało się, że dostarczyłem wszystkie moje projekty na czas i wykonałem plany w 100%.

Na kolejne z pytań dotyczące zarządzania moimi zespołami i stosunków z moimi podwładnymi, Z. odpowiedział, że owszem byłem lubiany przez swoich pracowników, ale (żeby nie było zbyt różowo) tylko dlatego, że dawałem im dużo luzu i swobody, co wg niego było oczywiście złe. W dodatku słyszał, że moi podwładni często się obijają w pracy. Nie był jednak w stanie racjonalnie uzasadnić, dlaczego ci swobodnie obijający się pracownicy wykonywali bezbłędnie swoje obowiązki i zawsze dostarczali wszystko na czas.

Ogólnie takich absurdalnych i nielogicznych wywodów, w których Z. się zaplątywał, albo zaprzeczał sam sobie było bardzo wiele. Praktycznie wszystkie jego zeznania szyte były tak grubymi nićmi, że zauważyłby to nawet laik, a co dopiero doświadczony skład sędziowski. Z. zrobił jednak coś jeszcze głupszego, co go może ostatecznie pogrążyć. Wplątał mianowicie w tę sprawę trzech moich (byłych?) kolegów, wymieniając ich z imienia i nazwiska. Otóż panowie Franek, Wiktor i Paweł przyszli ponoć do niego, żeby poskarżyć się na mój rzekomy brak wsparcia dla jakiegoś projektu. T. Z. oczywiście postanowił się natychmiast tym zająć, a jego działania miały polegać na obmyślaniu zmian organizacyjnych(!!!) Oczywiście nie omieszkałem go spytać dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz, czyli 3 lata po fakcie. Otóż zataił to, aby nie psuć dobrych stosunków pomiędzy mną a moimi „kolegami”. Jeśli ktoś jest w stanie zrozumieć coś z powyższego wywodu, to szczerze gratuluję.

No i teraz drodzy koledzy macie problem, bo prawdopodobnie będziecie musieli się stawić w Sądzie, aby to potwierdzić. Wizyta na sali rozpraw nie jest miłym wydarzeniem. Patrząc na moich szefów mogę śmiało powiedzieć, że człowiek który ma coś na sumieniu jest tam wyjątkowo zestresowany. Widać to po jego mimice, nerwowych zachowaniach, kolorze twarzy, nieskładnych wypowiedziach i wielu innych rzeczach, których nie da się nadrobić miną. To się po prostu rzuca w oczy na odległość, musi więc być bardzo nieprzyjemne. Osobnik taki traci cały swój rezon, robi się bardzo malutki, grzeczniutki i wystraszony w obliczu prawa. Naprawdę nie życzę Wam takich katuszy. Może również pojawić się ktoś z mediów zainteresowany tą sprawą i staniecie się jej niechlubnymi bohaterami i to jak mniemam wbrew własnej woli.

Oczywiście decyzja jakie zajmiecie stanowisko w tej sprawie należy do Was. Ja osobiście nie wierzę, że donieśliście na mnie przełożonemu, zamiast przyjść do mnie po koleżeńsku i wyjaśnić ten rzekomy problem. Z drugiej strony sam już nie wiem, co o tym sądzić. W tej firmie tolerowane są gorsze rzeczy, a donos już chyba zwyczajowym elementem w procesie decyzyjnym tutejszego kierownictwa. W końcu ja też zostałem zwolniony na podstawie donosów, bez najmniejszej nawet próby wyjaśnienia czy skonfrontowania ich z zaistniałymi faktami.

Kolejna rozprawa dopiero w marcu, a pojawić ma się na niej m. in. niejaki Eric van der S. szefujący całemu temu zacnemu gronu managerów. Może być pewien jednego - dociekliwości Sądu i bardzo kłopotliwych pytań. Ja już swój zestaw mam przygotowany.


23:47, fraxiparyna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 lipca 2011
I rozprawa przed Sądem Pracy

Oczywiście chodzi o rozprawę dotyczącą mojego bezzasadnego zwolnienia. Sprawą dotyczącą mojego bezprawnego przetrzymywania zajmie się z kolei Sąd Karny na innym posiedzeniu.

Przed Sądem Pracy zeznawał świadek Krzysztof M. będący moim przełożonym 3 lata temu. Ale najpierw Sąd wezwał już po raz drugi strony procesu do ugodowego rozstrzygnięcia sporu i dał 3 tygodnie na dogadanie się. Przedtem, kiedy byłem jeszcze zatrudniony, mój adwokat również wzywał dwukrotnie kierownictwo firmy do takiego rozwiązania. Wszystkie dotychczasowe propozycje zostały jednak odrzucone przez stronę przeciwną. Z tego miejsca chciałbym przypomnieć kierownictwu firmy o istnieniu art. 243 Kodeksu Pracy: „Pracodawca i pracownik powinni dążyć do polubownego załatwienia sporu ze stosunku pracy”. Dążenie mojego pracodawcy do konfrontacji za wszelką cenę i do występowania wobec mnie z pozycji siły raczej nie służy wizerunkowi tak szacownej firmy. Tak samo zresztą jak proponowanie rozwiązań dotyczących rozstrzygnięcia tego sporu, które mnie obrażają. 

Zeznania świadka M. można określić jednym słowem – bełkot. Świadek mylił się i plątał w zeznaniach, a do tego był bardzo zestresowany, co zauważył nawet prowadzący rozprawę sędzia. W trakcie przesłuchania Krzysztof M. nie powiedział niczego, co zgadzało się z rzeczywistością, oprócz tego że był moim szefem. Starał się natomiast sprostać zadaniu, jakie narzuciła mu firma i próbował mi jakoś dokopać (chyba w podziękowaniu za bezproblemową współpracę sprzed 3 lat). Zrobiło to jednak bardzo złe wrażenie na obecnych na sali rozpraw. Z ciekawostek, dowiedziałem się wreszcie np. na czym powinno polegać moje dobre zarządzanie zespołem. Otóż według M. dobre zarządzanie polega na dawaniu od czasu do czasu reprymend, a nie na pozwalaniu na to, aby zespół zarządzał się sam. Z tego miejsca przepraszam mój ówczesny zespół, że Was regularnie nie opieprzałem.

Po zakończeniu mój adwokat wyszedł rozbawiony z sali rozpraw. Ja natomiast czułem się zażenowany tym co usłyszałem. Współczuję panu M. i nie rozumiem dlaczego tak się podłożył zgadzając się zeznawać przeciwko mnie. W dodatku zrobił to wbrew udokumentowanym faktom i na podstawie pomówień, które gdzieś tam usłyszał, ale nie pamiętał gdzie. Postawił na szalę nie tylko swój autorytet, ale też naraził się na sankcję karną za składanie fałszywych zeznań. Niestety, jeżeli kłamie się przed Sądem, to trzeba się liczyć z konsekwencjami prawnymi. W dodatku jeżeli się kłamie pomimo istnienia dokumentów, które mówią coś zupełnie innego, a które samemu się podpisywało. Jeżeli człowiek, który piastuje jedno z najważniejszych stanowisk w firmie opowiada takie dyrdymały, kłamie z premedytacją, albo zaprzecza temu co chwilę przedtem zeznał, to jak to świadczy o jego firmie, o tych którzy go awansowali i tych którzy wypłacają mu co miesiąc ogromne uposażenie??? To pytanie raczej pozostawię bez odpowiedzi. Z niecierpliwością czekam na kolejnych „świadków”. Następna rozprawa na początku listopada.


14:41, fraxiparyna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Decyzja Prokuratury

Prokuratura Rejonowa w Krakowie zdecydowała o przekazaniu sprawy mojego bezprawnego przetrzymywania do Sądu Rejonowego – Wydział Karny w Krakowie. Przypomnę tylko, że czyn ten jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 5. Mam nadzieję, że uda się również wyjaśnić przed Sądem, kto w tej całej sprawie pociągał za sznurki.

Natomiast proces dotyczący mojego bezzasadnego zwolnienia z firmy odbędzie się w I połowie lipca.


00:06, fraxiparyna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 marca 2011
Zwolnienia ciąg dalszy

Dziękuję wszystkim za słowa poparcia. Jak się zapewne domyślacie, cała ta sprawa ma dużo szerszy kontekst niż by się wydawało, a moje zwolnienie było tylko nieudolną próbą uciszenia tego, o czym się w labie mówiło od dłuższego już czasu.

Międzyczasie udało mi się poznać zeznania sprawców tego zdarzenia. Oczywiście jak przystało na podejrzanych o popełnienie przestępstwa kłamali twierdząc, że miałem pełną swobodę i mogłem sobie wyjść w każdej chwili. Zapewne też sam się zamknąłem w pokoju na prawie 3 godziny i wezwałem ochronę budynku, żeby mi nikt nie przeszkadzał. A tak na poważnie, w zeznaniach jest wyraźnie napisane, że ochrona została wezwana na wniosek HR, gdyż jak stwierdziła nieświętej już pamięci szefowa tego działu, „nie wiedziała jak zareaguję na zwolnienie”. Jestem doprawdy wzruszony takim głębokim humanitaryzmem firmy. Nie zdawałem sobie sprawy, że pan ochroniarz miał za zadanie chronić moje zdrowie, a może nawet życie. Zapewne pałka miała służyć do znieczulenia, gdybym poczuł silny ból, a paralizator do przywrócenia akcji serca w razie zawału. Okazało się również, co zresztą podejrzewałem wcześniej, że w to zwolnienie są zamieszane osoby z najwyższego kierownictwa. Tak więc sprawa będzie ponownie rozpatrywana przez prokuraturę, ale tym razem w znacznie szerszym kontekście. Sądzę, że wymiar sprawiedliwości zapuka również do kilku drzwi mieszczących się w warszawskim biurze firmy.

Przez ostanie kilka lat rozmawiałem wielokrotnie z ludźmi z firmy na temat takich zjawisk jak dyskryminacja czy mobbing. Zapewne duża część zatrudnionych w firmie nigdy się z tym nie spotkała i byłaby zdziwiona, że takie rzeczy w ogóle mają miejsce. Wiem jednak, że wiele osób ma duże wątpliwości co do sposobu traktowania pracowników przez kierownictwo, a wiele też ucierpiało na skutek wspomnianych zjawisk. Jestem pewien że da się z tym skutecznie walczyć. Ja zdecydowałem się przeciwstawić temu na drodze sądowej. Będę się domagał wysokiego odszkodowania za wszystko, co mnie tutaj spotkało w ciągu ostatnich lat pracy. Radzę również innym (obecnym lub byłym) pracownikom domagać się swoich praw w sądzie, jeżeli czują się w jakiś sposób pokrzywdzeni. Można to zrobić indywidualnie, nie jest to takie trudne. Sądzę jednak, że najskuteczniejszą formą walki o swoje byłby pozew zbiorowy. Jeżeli jest więc ktoś, kto uważa że złamane zostało wobec niego prawo i chce szukać z tego powodu zadośćuczynienia, to proszę o kontakt mailowy pod adresem pozew@o2.pl. Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia z firmą i chciałby się tylko tym podzielić, to również niech do mnie napisze. Może to okazać się bardzo pomocne, choćby po to, aby w przyszłości podobne rzeczy nie miały już miejsca. Oczywiście zachęcam do kontaktu nie tylko osoby pracujące w labie, ale również w innych oddziałach firmy.

Na razie złożyłem pozew do sądu pracy o uznanie mojego zwolnienia za bezzasadne i o odszkodowanie z tego tytułu. Spodziewam się pierwszej rozprawy na przełomie kwietnia i maja b.r. Będę relacjonował na łamach tego bloga to co wydarzy się na sali rozpraw, a także kto co zeznawał. Myślę, że szczegóły mogą być interesujące nie tylko dla samych pracowników firmy. Przeciwko mnie mają zeznawać moi byli managerowie, którzy będą próbowali udowodnić, jak to rzekomo źle zarządzałem swoimi zespołami. Tutaj akurat jestem spokojny, gdyż znając doskonale ich „kwalifikacje” mogę być pewien, że jedynie się tam ośmieszą. Niestety będzie to również kompromitacja dla firmy, która ich zatrudniła i której nie wiedzieć czemu nadal są wizytówką. Może to być tym bardziej bolesne, że będzie się działo pod okiem ogólnopolskiego kanału telewizji, który jest zainteresowany całą tą sprawą. Jest to przykre, że musi się tak to skończyć, ale widocznie to jest jedyny sposób, żeby ktoś się wreszcie opamiętał i położył kres tej arogancji i samowoli kierownictwa labu, które traktuje go niczym prywatny folwark. Nie wiem ile dla tych ludzi warta jest reputacja firmy, ale jak widać niewiele, skoro tak uparcie dążyli do takiego właśnie rozwiązania i do rozgłosu, jaki się będzie z tym wiązał.

piątek, 11 marca 2011
Zwolnienie

Zwolnienie pracownika to jeden z najtrudniejszych momentów, zarówno dla zwalnianego jaki i dla samego pracodawcy. Każda szanująca się firma powinna więc postarać się, żeby takie rozwiązanie współpracy odbyło z poszanowaniem godności drugiej strony. I nie chodzi tu tylko o pozostawienie po sobie dobrego wrażenia. Sposób  rozstania się z pracownikiem może bowiem wyjść daleko poza granice firmy, a zrobienie tego w kiepskim stylu zaszczepi automatycznie lęk i niepewność pośród pozostałych w tej firmie, wzbudzając w nich niechęć i cichy bunt.

Oto jaką formę rozstania się ze swoim pracownikiem wybrała pewna światowa i powszechnie szanowana korporacja IT:

Dzień jak co dzień w laboratorium oprogramowania: telefony, zebrania, maile, rozmowy. Nic jednak nie zapowiada tego, co ma się wydarzyć na zakończenie dnia. Dostaję od mojego przełożonego zaproszenie na zebranie, na godzinę 17. Trochę mi to nie pasuje, robotę na dziś już zakończyłem i planowałem wreszcie wyjść punktualnie. Kilka dni wcześniej przerabiałem korporacyjną klasykę, czyli pracę do 1 w nocy nad prezentacją na potrzeby mojego pryncypała, a potem w kolejny dzień do 23, czułem się więc dosyć przemęczony. Ale cóż, skoro jest wezwanie, to trzeba się stawić. Zjeżdżam więc windą kilka pięter niżej i idę do pokoju, w którym mamy się spotkać. Po drodze spotykam szefa działu IT. Wołam do niego „cześć”, on również mi odpowiada tym samym, ale to jego „cześć” jest inne niż zwykle, takie mocno przygaszone.

Przed wejściem pojawia się mój przełożony i szefowa kadr. Czego oni chcą? Wchodzimy do środka i wymieniamy zwyczajowe grzeczności. Niestety, chwilę potem wszystko się wyjaśnia. Bez zbędnych ceregieli dowiaduję się że jestem zwolniony z pracy. Niczym wyrok zostaje mi odczytane uzasadnienie, którego słucham z niedowierzaniem i osłupieniem. Zdarzenia przedstawione w uzasadnieniu są mi w większości znane, ale początkowo nie mogę pojąć, że można wyrzucić człowieka z pracy, za to że działał w dobrej wierze i w zgodzie z regulaminem firmy.

Zostają mi przedstawione dwie alternatywy: albo rozwiązanie umowy za porozumieniem stron z dodatkową odprawą w wysokości 3-miesięcznej pensji, albo wypowiedzenie przez pracodawcę bez jakiejkolwiek odprawy. Mam szybko podjąć decyzję, albo ta pierwsza oferta będzie nieaktualna. Jestem tym mocno poirytowany, domyślam się że za pierwszą opcją kryje się jakiś haczyk i nie podoba mi się takie postawienie sprawy. „W takim razie nie podpiszę niczego” – mówię kierując się do wyjścia. „Nie wyjdziemy stąd dopóki którejś z nich nie podpiszesz, będziemy siedzieć tu aż do skutku!” słyszę, poczym nagle szefowa kadr sprytnym manewrem uniemożliwia mi wydostanie się na zewnątrz.

Muszę z uznaniem przyznać, że zrobiła to w bardzo fachowy sposób, stawiając szybko krzesło przy drzwiach i siadając na nim. Przecież go nie podniosę razem z nią. Gdyby tylko stanęła zagradzając mi drogę, to mógłbym ją teoretycznie przestawić i próbować się wydostać na zewnątrz. Ten numer z krzesłem był jednak zupełnie niepotrzebny, przecież nie użyłbym siły wobec kobiety. W dodatku z tyłu za mną stał rosły facet. Zresztą przy moim stanie zdrowia mocowanie się z kimkolwiek mogłoby się nienajlepiej zakończyć. A swoją drogą ciekawe gdzie się tej sztuczki nauczyła, chyba nie na jakimś szkoleniu z zarządzania zasobami ludzkimi?

Siadam więc przy chwiejącym się stoliku i zaczynam zastanawiać się co dalej. Dostrzegam przez szybę drzwi ochroniarza przechadzającego się tam i z powrotem. Początkowo nie zwróciłem na niego uwagi. Przypominam sobie plotki o Romku, którego zwolniono z dnia na dzień i nie pozwolono nawet zabrać własnego kubka. Może będę miał więcej szczęścia. Po chwili słyszę, że przed podjęciem decyzji mogę skorzystać z telefonu. Przez moment zastanawiam się co ja z tym przywilejem mam zrobić. Szybko jednak przypominam sobie z filmów, że w takich momentach dzwoni się do adwokata.

Udaje mi się wynegocjować skorzystanie z mojego firmowego laptopa pod pretekstem znalezienia właściwego numeru, ale oczywiście pod ścisłym nadzorem. Idę więc po niego na moje piętro w eskorcie przełożonego. Czy on myśli że ja mu ucieknę? Przecież ja ledwo chodzę! Noga znów zaczyna mnie boleć jak diabli, powinienem co kilka godzin zażywać moje leki. Wracamy z powrotem na dół, a ja zostaję znowu zamknięty w tym ciasnym pokoiku, za to teraz z laptopem.

Dopiero teraz zauważam że ochroniarz będący na zewnątrz trzyma cały czas coś w dłoni, ale nie bardzo mogę dostrzec co to jest. Krótkofalówka? Paralizator? Zaczynam się nawet zastanawiać czy ma na wyposażeniu kajdanki. A oni co jakiś czas zaglądają przez szybę sprawdzając co robię, przecież nie wyjdę przez okno. A może myślą że mógłbym wyskoczyć?

Widzę że mam coraz słabszą baterię w telefonie, a nie mogę się dodzwonić do adwokata. Jest późno, obawiam się że mogę go już nie zastać. Dzwonię więc do żony, ale staram się mówić jak najciszej, bo cały czas nasłuchują pod drzwiami: „Kochanie, przyjdę dziś później”. „Znowu musisz pracować tak długo, co z obiadem, jadłeś coś w ogóle od rana?”. „Zwolnili mnie z pracy i przetrzymują tutaj” mówię spokojnie. „Co takiego?!” „Niemożliwe!” „Co za świństwo, nie mieści mi się to w głowie! Co to za firma!!!”. Uspokajam ją, słyszę że jest załamana. Pyta o oficjalne powody. Mówię z pamięci to, co usłyszałem:

Nieuzasadniona krytyka przełożonych wyrażająca się tym, że moim zdaniem nie posiadają umiejętności zarządzania ludźmi oraz zaniedbują swoje obowiązków wobec pracowników, kwestionowanie umiejętności kierownictwa dotyczących kierowania laboratorium. Niepoparcie tego żadnymi dowodami”.

Taaak, przypominam sobie jedną z takich „krytyk” – dosłownie sprzed paru tygodni. Kilka dziewczyn z pewnego działu poskarżyło mi się na zachowanie ich managera. To co usłyszałem nosiło znamiona mobbingu. Nie miałem powodu żeby im nie wierzyć, tym bardziej że ów delikwent był wcześniej także moim szefem, a okres jego rządów nadal wspominam jako koszmar. W dodatku w labie od dawna krążyły plotki, że jego poprzednia firma pozbyła się go za podobne ekscesy.  Za to nasza przyjęła go godnie, szybko awansując i obdarzając przywilejami władzy.

Poszedłem wówczas do szefowej HR i mówię: „Słuchaj, podobno w jednym z działów dzieją się jakieś nieciekawe rzeczy. Ludzie skarżą się na fatalną atmosferę, chamstwo managera i obciążanie ich nadmierną pracą. Są zastraszeni i boją się o tym mówić głośno. Może spróbowałabyś z kimś stamtąd porozmawiać i dowiedzieć się co tak naprawdę się tam dzieje. W dodatku przez przypadek dowiedziałem się, że nie przedłużył on umowy z człowiekiem który pracował dla mojego projektu i mam teraz problem z jego dokończeniem. Dlaczego nie było to ze mną konsultowane, ani nawet komunikowane? Przecież mój zespół nie miał najmniejszych zastrzeżeń do jego pracy”. Nie mam wątpliwości że moja rozmówczyni, która od pewnego czasu jest dla mnie bardzo miła, zajmie się tym problemem czym prędzej, ale najpierw proponuje mi, żebym porozmawiał o tym z moim szefem.

Idę do niego i mówię to, co usłyszałem. Wspominam również o ryzyku niedotrzymania terminu mojego projektu, za co ja będę przecież odpowiadał. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy słyszę że mam się tym nie zajmować i że wszystko jest w porządku. W jakim porządku?! Przecież jest to już któraś z kolei osoba, która odchodzi z firmy przez tamtego typa! Rekrutacja i wdrożenie każdego nowego pracownika to koszt nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Kto za to wszystko zapłaci? Czy firmę stać na ponoszenie takich strat w kryzysie, kiedy w ramach tzw. oszczędności każe się pić pracownikom wodę z kranu?!

Adwokata, z którym chcę się skontaktować znam od kilku miesięcy. Wtedy to właśnie zwróciłem się do niego, żeby porozmawiał w moim imieniu z szefostwem. Miałem już serdecznie dosyć dotychczasowego traktowania. Chciałem również zwrócić uwagę centrali na liczne nieprawidłowości, których byłem świadkiem i przedstawić to, czym dysponowałem na poparcie moich spostrzeżeń. Poprosiłem go również żeby pomógł mi odzyskać moje należności od firmy. Chodziło o roczną premię i podwyżkę, które wszyscy już dawno dostali. Od szefostwa labu ciągle słyszałem, że to jakiś System na to nie pozwala. Ale ja nie znam nikogo w firmie o takim nazwisku! Słyszałem np. wielokrotnie o Przymusie, ale kim jest ów mityczny System?

Niestety firma mimo kilkukrotnych propozycji spotkania nawet nie podjęła z nami rozmów. Ale za to po pierwszym liście z kancelarii Pan System nagle zmienił zdanie, dając długo wyczekiwaną premię. Podobno dostałem też moją pierwszą prawdziwą podwyżkę, tylko że jakoś wciąż mam problem z dostrzeżeniem jej na koncie.

Udaje mi się wreszcie dodzwonić. Mecenas jest szczerze zaskoczony tym co się wydarzyło. Pyta o szczegóły umów podsuniętych mi do podpisania, oraz wyjaśnia konsekwencje wyboru każdej z nich. Nie chce podejmować za mnie decyzji, za co jestem mu wdzięczny. Umawiamy się na spotkanie, kiedy będzie już po wszystkim. Teraz dopiero zaczyna do mnie docierać, dlaczego nie dali mi tak po prostu wyjść bez podpisania czegokolwiek. Musieliby wtedy uznać za doręczone wypowiedzenie przez pracodawcę. Ta dodatkowa odprawa miała mnie skusić do podpisania „porozumienia stron”, które w świetle prawa ma mnie uciszyć raz na zawsze.

Decyzja nie jest łatwa, dlatego staram się ją dobrze przemyśleć. Miałem iść na dosyć kosztowną operację, prawie nie mogę już chodzić, teraz po wyrzuceniu na bruk będę musiał chyba o niej zapomnieć. Czytam więc jeszcze raz uważnie wypowiedzenia i staram się kasować moje pliki oraz korespondencję na firmowym laptopie. Po wyjściu ma on mi zostać odebrany. Spisuję też adresy mailowe, które mogą mi się przydać. Ochroniarz dalej łazi tam i z powrotem. Słyszę żarty i śmiech szefowej HR zza drzwi. „Przynajmniej im dobry humor dopisuje” – próbuję się pocieszać w duchu.

W końcu po długich namysłach ok. godziny 20 podejmuję decyzję i próbuję wydostać się na zewnątrz. Widzę ulgę w oczach moich oprawców. Pewnie planowali każdy szczegół od tygodni i szukali odpowiednich pretekstów. Chyba jednak nie wszystko poszło po ich myśli, ale i tak wreszcie będą mogli pójść do domu i spędzić czas ze swoimi bliskimi, w poczuciu dobrze spełnionej misji.

Jeszcze tylko końcowe ustalenia między nimi, kto ma mnie wypuścić z firmy po odebraniu przepustek. Wreszcie zjeżdżamy windą na dół, do garażu. Czuję potworny ból, leki już dawno przestały działać, ale jakoś udaje mi się dokuśtykać do auta. Dopiero jednak po jego odpaleniu zaczynam czuć prawdziwy powiew wolności.

Sprawą mojego zwolnienia i sposobem jego przeprowadzenia zajęła się ostatecznie prokuratura. Przetrzymywanie człowieka wbrew jego woli podlega na podstawie art. 189 §1 Kodeksu Karnego karze pozbawienia wolności do lat 5. Firma nie widzi w tym jednak niczego niestosownego i jak dotąd nie wyciągnęła żadnych konsekwencji w stosunku do sprawców. Mobber też trzyma się świetnie. Dostał nawet bardziej odpowiedzialne stanowisko i więcej ludzi do kierowania. W opinii swoich przełożonych jest przecież świetnym managerem...